O autorze
Agnieszka Szpila- mama uroczych i rozwydrzonych, ślicznych ośmioletnich panienek - Helusi i Milenki, lekko "trzepniętych" neurologicznie. W życiu zawodowym: świeżo upieczona pisarka ( w maju, nakładem wydawnictwa W.A.B - obecnie Grupa Foksal, ukaże się jej pierwsza książka), druga zaś właśnie powstaje je w głowie i powoli przelewa się na papier. Od 12 lat "kreatywna" współpracująca z różnymi agencjami reklamowymi, autorka poczytnego bloga "uautystek" oraz tragikomicznego profilu na fb "Łebki od Szpilki", felietonistka miesięcznika GAGA, w którym prowadzi rubrykę "Gadka matki". Prywatnie zakochana w swoim mężczyźnie potężnym, choć niewysokim intelektualiście-piłkarzu, wciąż przegrywającym mecze jeden za drugim, w swoich naprawdę niezwykłych dzieciach i w życiu!

UZDROWIĆ GNIEW CZY UWOLNIĆ GNIEW?

Dawno, dawno temu biologiczny tata moich córeczek bliźniaczek - Mileny i Heleny, kupił mi książkę, którą w zasadzie powinien był kupić i sobie. Była to rzecz Dalajlamy: "Uzdrowić gniew". Bardzo się z niej ucieszyłam, przeczytałam nie raz, i nie dwa, od deski do deski, a na pewno więcej niż trzy razy z tego zaczytywania utopiłam ją w wannie zasypiając nad mądrymi zdaniami oświeconego Tybetańczyka.

Zasypiałam nad tą książką wcale nie z nudów, a ze spokoju, który już po pierwszych zdaniach sączył się w moje rozkołatane serce, niczym rumianek z lawendą, a może nawet i miód, i regenerował wszystkie rany i obrażenia, które, jak i każdemu z nas, przytrafiły mi się przez życie. Te sznury liter układające się w metafizyczne sensy, których mistrzostwo polega na tym, że miast błądzić i trafiać w mózg, trafiają prosto w serce, były dla mnie jak buddyjskie różańce, zapewniały amuletową ochroną i pacyfistyczne usposobienie na co dzień. To jednak była często przykrywka, ot srebrne wieczko wypełnionego nie mocną czarną herbatą wiezioną z pustyni karawanami, a kłębiącymi się emocjami samowaru.

Może dlatego, za każdym razem, gdy tylko zdarzało mi się komukolwiek wspomnieć o tej książce, podświadomość płatała mi figla i zamiast prawdziwego tytułu : "Uzdrowić gniew", wszystkim mówiłam, myląc się, a raczej będąc perfidnie zmyloną przez papę Freuda: "Uwolnić gniew".


Pytanie - czy uzdrawianie nie może być z owym "uwalnianiem" jakoś połączone? Czy naprawdę jedynym rozwiązaniem jest buddyjskie wyoddychanie tej emocji i nie przywiązywanie się, a zatem, mówiąc językiem terapeutów - "przerobienie" tego problemu, tudzież chrześcijańskie nadstawianie drugiego policzka?

Jakaś część mnie, pewnie ta mała, podła, zadziorna grubaśna dziewczynka-Agusia, czyli ja sprzed jakichś 30 lat, za każdym razem, gdy podejmuję świadomą decyzję o powstrzymaniu się od konfrontacji i oddaniu się quasi-medytacji, podżega mnie, podżegaczka jedna, i kłuje pod żebrem jakimś szpikulcem (może patyczkiem od lizaka, a może patykiem z podwórka, którym przed chwilą rysowała na ziemi piekło i niebo w grze w klasy). Co więcej - ta mała perfidna gruba Agusia często wygrywa.

Piszę o tym wcale a wcale, nie z chęci dokarmienia swojego popsutego ego, a raczej z refleksją pokutną i w lekkiej żałobie. Bo wówczas dorosła Agnieszka przecież z ta małą grubą z krzywym zgryzem Agusią, najczęściej przegrywa. Ta mała bestia zaś gra tej niby-dojrzałej wariatce na nosie.

Czy jednak ten gniew nie jest nam aby do szczęścia jakoś potrzebny? Czy warto przez całe dorosłe życie się doskonalić i rozwijać, coś nadrabiać, coś przepracowywać, do końca życia przerabiać i paprać się w swoim dzieciństwie i dorosłym gównie? Ile można, do kurwiej mać, i wydać na interwencje psychologiczne? Czy aby nie lepiej kupić sobie raz kiedyś flakon dobrych perfum a dzieciom parę nowych trampek, klocków, zabawek, niż fundować coraz to nowszy model samochodu terapeucie?

Czy naprawdę trzeba w tym życiu tak wszystko przerabiać? Czy nie lepiej powiedzieć swojemu partnerowi, partnerce: "Kochany, kochana, kiedy widzisz, że się we mnie gotuję i za chwilę wybuchnę, idź na spacer albo do kina z kolegą, a jak wrócisz, to ja już się wcześniej wykrzyczę? Albo dzieciom nawet, tak po prostu - już tak kiedyś kilkakrotnie zrobiłam: Milenko, Helenko, muszę sobie chwilę pokrzyczeć, bo inaczej się chyba rozpęknę, to nie jest przeciwko Wam, tylko ogólnie przeciw sobie i światu, i właśnie w tym momencie dobyć ze swych trzewi to "jabadabaduuuuuuuuuu, kurwa, om", czy cokolwiek tam macie pod językiem lub ręką.

Warto również, pozwolić na to swoim dzieciom i miast je uciszać i zagłuszać ów impuls, odsunąć się na moment i umożliwić dziki ryk, miotanie zabawkami. Nie chodzi tu o namawianie do robienia zadymy, ale o umożliwienie pozawerbalnego wyrażenia emocji. Emocje są w ciele, i z ciała powinny się czasem móc dobyć. Ciało je bowiem pragnie zmaterializować i wyrzucić poza swój obszar. W przestrzeń. Co nie znaczy, że jest to skierowane bezpośrednio przeciwko komuś.

Dzieci, po takim "ataku szału" zazwyczaj są ''do rany przyłóż", bardzo wdzięczne za to, że się z nimi w tym gniewie ich było i za to że się mogą do nas po nim przytulić. Byłam w tym kilkakrotnie. Za każdym razem było to doświadczenie potężne i piękne. Piękne bo bardzo prawdziwe.

Czasem, naprawdę warto wcisnąć przycisk z głosem i wydrzeć się tak, że szyby w oknach pękają, można to zrobić także poza domem - w terenie: na łące, w parku, w lesie, tę opcję naturalnie polecam i rekomenduję, przyznając jednocześnie, iż niestety nie zawsze jest ona dostępna.

A czasem trzeba się odważyć i z całej siły uderzyć pięścią w stół, by postawić na swoim, by świat - szafy, kredensy, dzieci, mężowie, żony, serwetki, makatki, spodeczki od zastawy bolesławieckiej albo miśnieńskiej, nas usłyszały i uznały, że mamy rację. A nawet jeśli nie rację, to prawo do tego, by raz na jakiś czas zawiesić ten okropnie krepujący, choć i umożliwiający "życie społeczne" konstrukt - kulturę osobistą i przyzwoitość, i oddać się prawdziwie perwersyjnej i atawistycznej, drapieżnej działalności, jaką jest właśnie uwalnianie gniewu.

I zapewniam Was, że choć to może niekulturalne, to jednak uzdrawiające...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...